W Święto Zmarłych oraz Zaduszki odwiedzamy groby zmarłych z naszej rodziny i modlimy się w ich intencji. Tradycyjnie zapalamy znicze i składamy piękne kwiaty, wieńce lub też innego typu ozdoby mające być symbolem pamięci o nich.
Ale czy na pewno wspominamy ich w ten sam sposób, jak byśmy sobie życzyli by kiedyś wspominano nas? Czy nasze dzieci wiedzą co kryje się pod otoczką tych świątecznych obrzędów?
Jeśli nie, to wykorzystaj ten czas mądrze i stojąc nad grobem dawno nieżyjącej babci, opowiedz swojemu dziecku jakąś krótką historię z nią związaną. Może to być np. wspomnienie tego, jak będąc w tym samym wieku co obecnie Twoja pociecha, wspólnie z Bunią lepiliście pierogi. Wspomnij też o tych niesamowitych historiach z czasów wojny, które czasem opowiadał Ci dziadek. Nawet, jeśli Tobie nie udało się kogoś spotkać, to opowiedz o tym w kontekście całej swojej rodziny i wyjaśnij dziecku, że śp. ciocia, była żoną tego wujka, który jest rodzonym bratem Twojej mamy.
Dzięki temu Twoje dziecko pozna lepiej swoją rodzinę, dowie się kim byli Ci ludzie, o których teraz mówi się zwyczajnie "zmarli", a co najważniejsze zbliży się do Ciebie.
niedziela, 2 listopada 2014
środa, 17 września 2014
Niebezpieczny plac zabaw
Chwilę przed naszym przyjściem spotkały się tam dwie, około 7-letnie dziewczynki, które poszły się pohuśtać i od razu zaczęły rozmowę na temat tego, czym mogłyby się potem zająć. Jedna z nich zaproponowała najpierw, by poszły się pobawić na" tych niebieskich metalowych rurach", wskazując na trzepak, znajdujący się obok opustoszałego i zaniedbanego boiska do piłki nożnej, ale druga odmówiła argumentując, że łatwo można z niego spaść. Następnie wskazała na ruchomą kładkę, na której bawiłam się ze swoją niunią, ale i ten pomysł się nie spodobał, gdyż nie dość, że akurat "jest tam teraz dzidziuś", to jeszcze "może wejść w palca drzazga", a to strasznie boli. Została już więc tylko piaskownica, gdzie można by pomyśleć, że oprócz pobrudzonych ubrań raczej nie ma przeciwwskazań do zabawy, a jednak.. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się, że "jak się przewrócisz na piasek to możesz go połknąć i się nim zadławić". Co ciekawe jedna z mam, była równie zaskoczona, co ja, druga zaś tylko przytakiwała głową. To właśnie zdarzenie zmotywowało mnie do dzisiejszego wpisu, bo jak żyję, to nie słyszałam jeszcze by ktoś (a już w szczególności dziecko) do tego stopnia analizował, co złego może się przydarzyć na placu zabaw.
Właściwie, to wspominając swoje dzieciństwo, mogę śmiało stwierdzić, że najwięcej radochy dawały nam najbardziej ryzykowne zabawy. Od razu chciałabym zaznaczyć, że nie mam na celu nikogo namawiać do czegokolwiek, a już na pewno nie do prześcigania się w wymyślaniu niebezpiecznych zabaw.
Bawiliśmy się zarówno w zabawy ogólnie znane, jak też sami wymyślaliśmy swoje w zależności od tego ile było osób i jakie skarby udało nam się znaleźć. I tak, np.:
- mając długie kije i możliwość chowania się za jakimiś krzakami, mogliśmy się bawić się w budowanie szałasów lub kryjówek; pojedynczymi patykami, z kolei bawiliśmy się w piratów, ninje lub policjantów i złodziei;
- bawiliśmy się też kapslami, a to trafiając nimi do celu (np. pstrykając, rzucając lub tocząc), albo robiąc wyścigi kapsli w piaskownicy - budowało się wtedy trasę z różnymi przeszkodami, pagórkami, skoczniami, pochylniami, uskokami i kto wie co tam jeszcze było;
- znana jeszcze z czasów, gdy nasi dziadkowie byli dziećmi - gra nożem na ziemi; jedną z najbardziej popularnych była rysowana na ziemi tarcza z okręgami, z których najmniejszy, znajdujący się po środku miał 12 punktów a największy 1. Była też gra w grzyba - tam gdzie się wbił nóż, rysowało się grzyba i tak powstawała trasa, po której musiał przejść każdy z zawodników. Jak się nie wbił w ziemię to wtedy przeciwnik rzucał. Musiał przejść najpierw wszystkie istniejące grzyby a potem tworzył nowe punkty. Jak się ryzykowało to można było daleko rzucić i miało się spokój z przeciwnikami na kilka tur;
- dość niebezpiecznym było skakanie z metalowych huśtawek na odległość; cały trik polegał na tym, by dobrze rozbujać huśtawkę, która potem wyrzucała w powietrze jak katapulta. Ale tak bawiliśmy się tylko na placach zabaw w całości wysypanych piaskiem;- nieraz bawiliśmy się też w piwnicach, szczególnie gdy jednym z elementów zabawy było chowanie się;
- jeśli tylko się dało, to wspinaliśmy się na drzewa, murki, garaże itp.
- kiedy jeszcze za szklane butelki można było w sklepie dostać kaucję (chyba ok. 30 gr za jedną), zbierało się z całego osiedla puste butelki po piwie, a potem kupowało za to gumy Donald lub Turbo;
- huśtaliśmy się także na gałęziach płaczącej wierzby;
Ogólnie mówiąc, rodzice wpajali nam podstawowe reguły, których mieliśmy przestrzegać i z których najważniejsza, to by na siebie uważać i by nie zrobić sobie lub komuś innemu krzywdy. Zdarzały się oczywiście większe urazy, jak złamania, podbite oczy czy rany z krwią, ale w większości przypadków kończyło się najwyżej na kilku siniakach czy zadrapaniach. Każda taka nieszczęśliwie kończąca się przygoda, była dla nas nauczką, wzbogacającą nasze doświadczenie. Najważniejsze w tym wszystkim było jednak to, że mieliśmy sporo swobody i spędzaliśmy praktycznie całe dnie w kolegami i koleżankami na dworze. Dlatego może warto się zastanowić, czy chroniąc swoje dzieci przed każdym potencjalnym zagrożeniem, nie odbieramy im przyjemności z zabawy i satysfakcji z samodzielnego zdobywania doświadczenia?
wtorek, 12 sierpnia 2014
Granie w gumę zamiast Fitness!
Ostatnimi czasy bardzo modne staje się tzw. życie FIT. Jak grzyby po deszczu powstają inicjatywy,
zachęcające do aktywnego spędzania czasu, wprowadzania zbilansowanej diety do jadłospisu czy w ogóle ekologicznego stylu życia. A wszystko to spowodowane jest naszym trybem życia i zwykłym brakiem ruchu, bo przecież albo jesteśmy zbyt zmęczeni, albo zwyczajnie nie mamy czasu i odkładamy wszystko na później. Niestety o ile w sytuacji dorosłych modnym jest chodzenie na różnego rodzaju zajęcia typu fitness, pilates czy jogę, o tyle w przypadku dzieci czy młodzieży takie rozwiązania nie są zbyt popularne. Chłopcy powinni uprawiać sport - grać w piłkę, jeździć na rowerze czy chodzić na karate. Dziewczynki mogą np. skakać w gumę, na skakance, tańczyć albo też jeździć na rowerze. I tak powinno być, ale jak przekonać własne dziecko do aktywności, gdy sami siedzimy z nosem w telewizorze lub w internecie?
Dziś jednak chcialabym skupic uwagę na Paniach i cofnac się do okresu dzieciństwa i beztroskich zabaw na dworze. Nie wiem, jak inne kobitki, ale ja mając 10 lat miałam świetną kondycję i równie dobrą koordynację ruchową. Potrafiłam np. całymi dniami skakać w gumę z przerwami na wspólne zabawy z piłką na boisku. I tak było praktycznie do ukończenia podstawówki. Później już więcej czasu spędzałam na dodatkowych zajęciach pozalekcyjnych, takich jak SKS'y czy próby z zespołem, a raz w tygodniu chodziłam z koleżankami na dyskoteki.

Ale teraz w ogóle nie widać, żeby ktoś skakał w gumę. Mało tego, gdy kiedyś próbowałam podpytać się dziewczyn w wieku 11-12 lat o to, czy mogłyby mi pokazać, jak należy to robić, okazało się, że w ogóle nie potrafią!!! A przecież dawniej na każdym osiedlu widać było dziewczyny skaczące w gumę. To samo na terenie szkoły. Guma do skakania znajdowała się w plecaku tak samo obowiązkowo,jak piórnik czy zeszyty. Pamiętam, jak na każdej przerwie, chowałyśmy się z koleżankami w łazience, ponieważ nauczycielki nie pozwalały nam skakać na korytarzu, a gdy było ciepło na dworze bawiłyśmy się przed szkołą.
Dlaczego akurat guma? Bo regularne skakanie w gumę niesie ze sobą szereg korzyści:
1. zabawa między lekcjami jest idealnym sposobem na spożytkowanie rozpierającej dzieci energii, dzięki czemu łatwiej będzie się skupić na lekcjach,
2. regularne podskakiwanie bardzo dobrze wpływa na: kondycję fizyczną, koordynację ruchową oraz zwinność i płynność ruchów, co przekładać się będzie też na aktywność i dobre wyniki z W-F'u,
3. regularna zabawa uczy balansowania ciałem i utrzymania równowagi, co bardzo minimalizuje szanse na upadek czy np. skręcenie kostki,
4. w zabawie tej nie ma tak na prawdę znaczenia różnica wieku, a wspólne skakanie w gumę ułatwia wręcz przełamywanie pierwszych lodów i może utrwalić późniejsze znajomości,
5. nie ma znaczenia wygląd czy pochodzenie z biedniejszej rodziny, bo licza sie wyłącznie umiejętności
i ostatnie, choć równie ważne, to to, że taka guma kosztuje w granicach 2-3 zł!
Jeśli już kogoś przekonałam, to zachęcam gorąco do obejrzenia materiału filmowego, który powstał dzięki moim dwóm przesympatycznym sąsiadkom Ali i Monice (za zgodą ich mamy) oraz niezastąpionemu koledze Pawłowi, który go zmontował.
Na pierwszym filmie prezentuję Wam gry oraz sposób,w jaki skakało się u nas na osiedlu w latach '90:
Są to kolejno: "ZWYKŁE", "TYDZIEŃ", "BANAN" i "BIGOS".
Jak widać jest to dosłowne skakanie poszczególnych układów (nie stosuje się tu innych form w stylu chodzenie czy zaplątywania się w gumę) na różnych wysokościach ułożenia gumy, tj. kostkach, kolankach, udkach, bioderkach, pasie, pachach, szyjce i rękach. Początkowo każdy z tych układów skacze się pojedynczo, a w kolejnych poziomach już się je łączy. Gdy nie możliwe jest już skakanie, wówczas wchodzi się do środka gumy i skacze rozpościerając ręce, jak to robią dziewczynki na swoim filmiku.
Kolejny filmik zawiera współczesny sposób skakania w Lublinie:
Dziewczynki prezentują jedną grę "TYDZIEŃ", ale odtwarzaną nie dość że na różnych wysokościach, to jeszcze w różnych układach gumy i tak kolejno są to: "normalna wersja (bez nazwy)", "KOPERTA", "SZEROKA DROGA", "MARCHEWKA", "PALUSZEK", "KRZYŻYK" i "KAPUSTA". Dodatkowo dziewczynki prezentują wersję na kolanka, uda (bioderka i pas), szyjkę i rączki.
Na koniec jeszcze prezentujemy ułożenie gumy na rożnych wysokościach.
Skoro wszystko już jasne, to do dzieła!!! :)

Ale teraz w ogóle nie widać, żeby ktoś skakał w gumę. Mało tego, gdy kiedyś próbowałam podpytać się dziewczyn w wieku 11-12 lat o to, czy mogłyby mi pokazać, jak należy to robić, okazało się, że w ogóle nie potrafią!!! A przecież dawniej na każdym osiedlu widać było dziewczyny skaczące w gumę. To samo na terenie szkoły. Guma do skakania znajdowała się w plecaku tak samo obowiązkowo,jak piórnik czy zeszyty. Pamiętam, jak na każdej przerwie, chowałyśmy się z koleżankami w łazience, ponieważ nauczycielki nie pozwalały nam skakać na korytarzu, a gdy było ciepło na dworze bawiłyśmy się przed szkołą.
Drogie Panie, czas to zmienić!!!
Kilkanaście minut skakania w gumę, to jak półgodziny fitnessu!!!*
*Kto mi nie wierzy, niech sprawdzi, a potem napisze o tym w komentarzu.
Dlaczego akurat guma? Bo regularne skakanie w gumę niesie ze sobą szereg korzyści:
1. zabawa między lekcjami jest idealnym sposobem na spożytkowanie rozpierającej dzieci energii, dzięki czemu łatwiej będzie się skupić na lekcjach,
2. regularne podskakiwanie bardzo dobrze wpływa na: kondycję fizyczną, koordynację ruchową oraz zwinność i płynność ruchów, co przekładać się będzie też na aktywność i dobre wyniki z W-F'u,
3. regularna zabawa uczy balansowania ciałem i utrzymania równowagi, co bardzo minimalizuje szanse na upadek czy np. skręcenie kostki,
4. w zabawie tej nie ma tak na prawdę znaczenia różnica wieku, a wspólne skakanie w gumę ułatwia wręcz przełamywanie pierwszych lodów i może utrwalić późniejsze znajomości,
5. nie ma znaczenia wygląd czy pochodzenie z biedniejszej rodziny, bo licza sie wyłącznie umiejętności
i ostatnie, choć równie ważne, to to, że taka guma kosztuje w granicach 2-3 zł!
Jeśli już kogoś przekonałam, to zachęcam gorąco do obejrzenia materiału filmowego, który powstał dzięki moim dwóm przesympatycznym sąsiadkom Ali i Monice (za zgodą ich mamy) oraz niezastąpionemu koledze Pawłowi, który go zmontował.
Na pierwszym filmie prezentuję Wam gry oraz sposób,w jaki skakało się u nas na osiedlu w latach '90:
Jak widać jest to dosłowne skakanie poszczególnych układów (nie stosuje się tu innych form w stylu chodzenie czy zaplątywania się w gumę) na różnych wysokościach ułożenia gumy, tj. kostkach, kolankach, udkach, bioderkach, pasie, pachach, szyjce i rękach. Początkowo każdy z tych układów skacze się pojedynczo, a w kolejnych poziomach już się je łączy. Gdy nie możliwe jest już skakanie, wówczas wchodzi się do środka gumy i skacze rozpościerając ręce, jak to robią dziewczynki na swoim filmiku.
Kolejny filmik zawiera współczesny sposób skakania w Lublinie:
Na koniec jeszcze prezentujemy ułożenie gumy na rożnych wysokościach.
Skoro wszystko już jasne, to do dzieła!!! :)
piątek, 8 sierpnia 2014
Moda własnej roboty
Nie zawsze w sklepach jest to czego potrzebujemy, tak jak nie zawsze moda odnosi się tylko i wyłącznie do tego co prezentują nam magazyny czy czasopisma. Otóż był taki czas, gdy modnym było, by samemu sobie zrobić ozdoby i wcale nie z gotowych, plastikowych zestawów, ale według własnego pomysłu. To co było wówczas najważniejsze, to własny styl!
Podobnie jak tworzyło się kreacje dla lalek, własnoręcznie tworzyło się też rzeczy dla nas samych -począwszy od biżuterii, naszywek i różnego rodzaju ozdób, po plecaki, torby czy ubrania. Właściwie, to nie było rzeczy, której nie dałoby się zrobić samemu! Potrafiliśmy stworzyć coś z niczego, jak MacGyver i równie kreatywnego co pomysły bajkowego Dobromira.
Kiedy w Stanach Zjednoczonych była moda na darcie spodni na kolanach i obcinanie nogawek, u nas nie tylko przerabiało się je w krótkie szorty, ale można powiedzieć że dawano im nowe życie. Ja sama, choć przyznam szczerze nie mam talentu krawieckiego, to mogę się pochwalić że własnoręcznie z nogawek od starych spodni taty, uszyłam sobie piórnik i plecak-worek, zawiązywany na sznurek, z dodatkową kieszonką na guzik i ramionami zrobionymi z długiego suwaka. Tak Drodzy Państwo! Choć może nie byłam pierwsza na świecie, to pamiętam że w tamtym czasie zrobiłam furorę w szkole, gdy pokazałam wszystkim, że mogę swój plecak nosić klasycznie lub jako torbę na ramię.
A kto jeszcze pamięta jak się robiło super modne bluzki i sukienki z frędzlami? O tak, to dopiero był hicior! Nie potrzebna była maszyna do szycia. Zwyczajnie, brało się jakąś starą bluzkę lub T-shirt i nożyczkami nadawało się jej nowy kształt. Można było powycinać wąskie paski u dołu, czasem na rękawach albo zrobić tylko jedno nacięcie z przodu, po środku, a końce zapleść w węzeł, by odsłonić brzuch. To w lecie, a na zimę można było np. zrobić sobie ciepłą kamizelkę, obcinając lub wypruwając ze swetra rękawy. Miałam taki jeden, włochaty, który tak właśnie potraktowałam, a z obciętych rękawów zrobiłam sobie niepowtarzalną okładkę do segregatora.
A propos eksperymentowania z ubraniami, to można je było jeszcze dodatkowo pokolorować, używając barwników do tkanin (podobno pomysł na tworzenie tych niepowtarzalnych plam na koszulkach przyszedł do nas z Afryki). Dziś ta moda na przycinanie i farbowanie ciuchów powraca, choć trzeba przyznać że w bardziej estetycznej i uporządkowanej formie, dzięki publikowanym w internecie tutorialom.
Jednak najpopularniejszymi rzeczami "hand-made" (tłum. robione ręcznie), były ozdoby plecione z kolorowej muliny: pierścionki, bransoletki, opaski na głowę czy naszyjniki.
Miały przeróżne kolory i kształty (m.in. proste, zygzaki, serduszka) i do tego każdy umiał je zrobić - nawet chłopcy! Cały sekret tkwił w odpowiednim zawiązywaniu supełków. Ci bardziej wprawieni bez problemu wyplatali na nich słowa, a nawet całe zdania, dzięki czemu własnoręcznie wykonane bransoletki służyły często, jako dowód wzajemnej sympatii wśród przyjaciół lub miłości dla zakochanych. Ja do dziś mam jeden taki niedokończony pasek, który służy mi jako zakładka do książki.
Własnoręcznie wykonane rzeczy, robiło się nie tylko dla siebie, ale także wtedy, gdy chciano komuś zrobić przyjemność. Najprościej oczywiście było zrobić tradycyjną laurkę, ale to głównie robiły dzieci. Starsi najczęściej wybierali się na spacer, podczas którego okazywali swoje uczucia. Dziewczyny np. zbierały kwiaty, z których wyplatały później różne wianki, a chłopaki wycinali coś (np. serduszka) z kawałka wysuszonej kory albo zwyczajnie wyrzynali w drzewie lub na czymkolwiek zrobionym z drewna, inicjały swoje i swojej wybranki, które otaczali sercem. W tamtych czasach nie liczyła się zasobność Twojego portfela i co można za to kupić, ale to by umieć pokazać swoje oddanie, nie mając przy sobie nawet przysłowiowej "złamanej złotówki".
Dawniej rzeczy miały zupełnie inne znaczenie. Bardziej doceniano to co się miało, dzięki czemu wszystko było maksymalnie wykorzystywane, nawet przez kolejne pokolenia. Teraz zalewani jesteśmy tanimi, często też marnej jakości rzeczami, które w bardzo szybkim tempie trafiają na śmietnik. Recykling miał wówczas zupełnie inne znaczenie niż teraz!
A co Wy potrafiliście sami zrobić?
Podobnie jak tworzyło się kreacje dla lalek, własnoręcznie tworzyło się też rzeczy dla nas samych -począwszy od biżuterii, naszywek i różnego rodzaju ozdób, po plecaki, torby czy ubrania. Właściwie, to nie było rzeczy, której nie dałoby się zrobić samemu! Potrafiliśmy stworzyć coś z niczego, jak MacGyver i równie kreatywnego co pomysły bajkowego Dobromira.
Kiedy w Stanach Zjednoczonych była moda na darcie spodni na kolanach i obcinanie nogawek, u nas nie tylko przerabiało się je w krótkie szorty, ale można powiedzieć że dawano im nowe życie. Ja sama, choć przyznam szczerze nie mam talentu krawieckiego, to mogę się pochwalić że własnoręcznie z nogawek od starych spodni taty, uszyłam sobie piórnik i plecak-worek, zawiązywany na sznurek, z dodatkową kieszonką na guzik i ramionami zrobionymi z długiego suwaka. Tak Drodzy Państwo! Choć może nie byłam pierwsza na świecie, to pamiętam że w tamtym czasie zrobiłam furorę w szkole, gdy pokazałam wszystkim, że mogę swój plecak nosić klasycznie lub jako torbę na ramię.A kto jeszcze pamięta jak się robiło super modne bluzki i sukienki z frędzlami? O tak, to dopiero był hicior! Nie potrzebna była maszyna do szycia. Zwyczajnie, brało się jakąś starą bluzkę lub T-shirt i nożyczkami nadawało się jej nowy kształt. Można było powycinać wąskie paski u dołu, czasem na rękawach albo zrobić tylko jedno nacięcie z przodu, po środku, a końce zapleść w węzeł, by odsłonić brzuch. To w lecie, a na zimę można było np. zrobić sobie ciepłą kamizelkę, obcinając lub wypruwając ze swetra rękawy. Miałam taki jeden, włochaty, który tak właśnie potraktowałam, a z obciętych rękawów zrobiłam sobie niepowtarzalną okładkę do segregatora.
A propos eksperymentowania z ubraniami, to można je było jeszcze dodatkowo pokolorować, używając barwników do tkanin (podobno pomysł na tworzenie tych niepowtarzalnych plam na koszulkach przyszedł do nas z Afryki). Dziś ta moda na przycinanie i farbowanie ciuchów powraca, choć trzeba przyznać że w bardziej estetycznej i uporządkowanej formie, dzięki publikowanym w internecie tutorialom.
Jednak najpopularniejszymi rzeczami "hand-made" (tłum. robione ręcznie), były ozdoby plecione z kolorowej muliny: pierścionki, bransoletki, opaski na głowę czy naszyjniki.
Miały przeróżne kolory i kształty (m.in. proste, zygzaki, serduszka) i do tego każdy umiał je zrobić - nawet chłopcy! Cały sekret tkwił w odpowiednim zawiązywaniu supełków. Ci bardziej wprawieni bez problemu wyplatali na nich słowa, a nawet całe zdania, dzięki czemu własnoręcznie wykonane bransoletki służyły często, jako dowód wzajemnej sympatii wśród przyjaciół lub miłości dla zakochanych. Ja do dziś mam jeden taki niedokończony pasek, który służy mi jako zakładka do książki.
Własnoręcznie wykonane rzeczy, robiło się nie tylko dla siebie, ale także wtedy, gdy chciano komuś zrobić przyjemność. Najprościej oczywiście było zrobić tradycyjną laurkę, ale to głównie robiły dzieci. Starsi najczęściej wybierali się na spacer, podczas którego okazywali swoje uczucia. Dziewczyny np. zbierały kwiaty, z których wyplatały później różne wianki, a chłopaki wycinali coś (np. serduszka) z kawałka wysuszonej kory albo zwyczajnie wyrzynali w drzewie lub na czymkolwiek zrobionym z drewna, inicjały swoje i swojej wybranki, które otaczali sercem. W tamtych czasach nie liczyła się zasobność Twojego portfela i co można za to kupić, ale to by umieć pokazać swoje oddanie, nie mając przy sobie nawet przysłowiowej "złamanej złotówki".
Dawniej rzeczy miały zupełnie inne znaczenie. Bardziej doceniano to co się miało, dzięki czemu wszystko było maksymalnie wykorzystywane, nawet przez kolejne pokolenia. Teraz zalewani jesteśmy tanimi, często też marnej jakości rzeczami, które w bardzo szybkim tempie trafiają na śmietnik. Recykling miał wówczas zupełnie inne znaczenie niż teraz!
A co Wy potrafiliście sami zrobić?
środa, 16 lipca 2014
Na kolonii życie płynie..
Wspominając wszystkie kolonie i obozy, na których byłam, na mojej twarzy od razu pojawia się uśmiech z powodu ogromnej ilości pozytywnych wspomnień. Super było wyjechać w zupełnie nowe miejsce, z nowymi znajomymi, bez rodziców i do tego jeszcze spędzać większość czasu na zabawie i odpoczynku.
Pamiętam, że wtedy jeszcze chodziliśmy raz w tygodniu na pocztę, skąd można było wysyłać do rodziców lub dziadków list czy pocztówkę z obowiązkowym dopiskiem w PS ""Kochani rodzice, przyślijcie mi koniecznie pieniążki" (często dla żartu koloniści przekręcali ten tekst na "Konieczni rodzice, wyślijcie mi kochane pieniążki"). Jeśli chodzi natomiast o zadzwonienie do domu, to
nie zawsze udawało się w tym czasie wykonać telefon, ponieważ przed pocztą znajdowały się tylko/aż cztery budki telefoniczne, a przed nimi były ogromne kolejki. Nie było wtedy jeszcze telefonów komórkowych, a chętnych do rozmowy nie brakowało. Kupowało się wówczas żetony, a których jeśli mnie pamięć nie myli, najtańszy "A" był do połączeń lokalnych, "B" - międzymiastowych, a najdroższy "C" do zagranicznych. Nie było też wówczas tzw. wiszenia na słuchawce, bo taki żeton wystarczał na ok 3 min. rozmowy! Co sprytniejsi, jak ja, żeby trochę zaoszczędzić i jednocześnie wydłużyć sobie czas, wykorzystywali żeton "A" do połączenia się z przez lokalną centralę. Inni z kolei do wykonywania połączeń wykorzystywali stare dwuzłotówki, których wymiary pokrywały się z wymiarami żetonu B.Tak czy inaczej kolonie to był czas, gdy można powiedzieć przechodziliśmy "szkołę życia" i uczyliśmy się wielu nowych rzeczy. Spośród wielu ważnych zasad, pierwszą i najważniejszą był szacunek i posłuszeństwo wobec wychowawców, którzy w tym czasie zastępowali nam naszych rodziców. Nie tylko przygotowywali dla nas program zajęć czy zwiedzania, ale również mieli możliwość nagradzania lub karania za nasze zachowanie. Kolejna istotna rzecz, to pomieszkiwanie w pokojach/namiotach wieloosobowych, gdzie nie dość że musiał panować porządek (sprawdzany i oceniany regularnie podczas przeglądów czystości), to przede wszystkim trzeba było nauczyć się życia w zgodzie z kolegami/koleżankami. Nie zawsze było to łatwe, ale ze względu na okoliczności, do wypracowania - wspólnymi siłami. Zwyczajnie, by było dobrze, to nie było innej rady, jak się dogadać.
Dzisiejszy mój wpis będzie znacząco różnić się od pozostałych, gdyż został on sprowokowany wydarzeniami, jakie miały miejsce ostatnimi czasy.
Najpierw głośno było na temat niespełnionych wymogów sanitarnych na obozie harcerskim, takich jak: brak prądu, posiłki dla ok. 60 dzieci i kadry były przygotowywane na miejscu z produktów żywnościowych nie dostarczanych w odpowiednich dla cateringu warunkach, brakowało środków dezynfekujących, a jedna osoba nie miała orzeczenia lekarskiego (http://www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20140709/PULAWY/140709604). Potem opinią wstrząsnęła informacja na temat heroicznej postawy policjantów, którzy w dobrej wierze przerwali biwak ojca z synem w centrum miasta i w niedalekiej odległości od sklepów. Ponieważ wokół obozowiska nie znaleźli oni potrzebnych do biwakowania rzeczy, takich jak: ubrań, koców czy jedzenia, mundurowi zabrali chłopca do radiowozu i wezwali karetkę pogotowia. W pełni zdrowego chłopca z kilkoma ukoszeniami owadów przekazali matce, a ojcu zafundowali przesłuchanie na komisariacie i zgłoszenie sprawy do prokuratury rejonowej o narażenie dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia albo zdrowia (http://wawalove.pl/Dziecko-znalezione-w-szalasie-na-Bemowie-a14925).
Czy przypadkiem nie popadamy w przesadę?
poniedziałek, 14 lipca 2014
Jak zachęcić innych do aktywności?
Moim marzeniem jest by pokazać swoim dzieciom to, co najlepszego pamiętam ze swojego dzieciństwa. Chciałabym, by wróciły czasy, gdy na dworze było dużo dzieci bawiących się ze sobą bez względu na różniący ich wiek i gdy głównym zmartwieniem dorosłych było to, jak ściągnąć je do domu na obiad czy kolację. Chciałabym też, by tak jak dawniej cała osiedlowa społeczność była bardziej zintegrowana, dzięki czemu wzrosło by nasze poczucie bezpieczeństwa i wzajemne zaufanie.
Choć dawniej było mniej zabawek, zajęć pozalekcyjnych i świetnie przygotowanych obiektów sportowych czy rekreacyjnych, to wydaje mi się, że dzieci rozwijały się o wiele szybciej i lepiej niż dziś.
Nie tylko wychowywani byliśmy według ogólnie przyjętych norm, ale rozwijaliśmy nasze umiejętności w różnych sytuacjach życiowych.
I tak, np:
- wpajany mieliśmy szacunek do osób starszych, własnych rodziców oraz wychowawców i nauczycieli,
- uczyliśmy się sami rozwiązywać nasze problemy, nie uciekając się do skarżenia czy fochów,
- potrafiliśmy wymyślić ciekawe zabawy praktycznie ze wszystkiego co udało nam się znaleźć na dworze,
- byliśmy bardzo sprawni fizycznie i manualnie,
- nie było wtedy problemu na taką skalę jak dziś z otyłością, wadami postawy czy wzroku, depresją, samotnością, agresją, myślami samobójczymi itp.,
- było o wiele mniejsze zainteresowanie szkodliwymi używkami i tzw. dopalaczami,
- byliśmy bardziej samodzielni i zaradni, dzięki czemu rodzice bez obaw mogli wysyłać nas np. po zakupy czy na pocztę,
- byliśmy bardziej ciekawi świata i pomysłowi,
a przede wszystkim byliśmy bardziej zintegrowani, bo na osiedlu byli "sami swoi" i z racji tego czuliśmy się bezpieczni w swoim otoczeniu.
Wierzę, że jest możliwe by choć część tego co było przywrócić znów do życia, jeśli tylko udałoby nam się zjednoczyć wokół wspólnej idei. Chciałabym zachęcić jak najwięcej osób do działania, byśmy wspólnie kreowali przyszłość naszą i naszych dzieci. Dlatego też postanowiłam założyć Fundację, której misją będzie: tworzenie warunków do integracji międzypokoleniowej lokalnych społeczności oraz ich współdziałania na rzecz prawidłowego rozwoju fizycznego i psychospołecznego dzieci i młodzieży w oparciu o gry i zabawy podwórkowe oraz pożyteczne formy spędzania wolnego czasu.
Gdy tylko pozałatwiam wszystkie formalności - pochwalę się tym na blogu i rozszerzę swój wpis :)
środa, 14 maja 2014
Zabawa w domu
"W czasie deszczu dzieci się nudzą to ogólnie znana rzecz. Choć mniej brudzą się i mniej trudzą się, ale strasznie nudzą się w deszcz"
- Kabaret Starszych Panów
Deszczowa pogoda (szczególnie, gdy dodatkowo jest po prostu zimno) nie sprzyja zabawie na dworze i z reguły zmusza dzieci do pozostania w domu. Nie oznacza to jednak, że mają ten czas spędzić przed komputerem czy telewizorem. W końcu nasz dom, to istna kraina zabawy, którą po prostu trzeba odkryć! To CO możemy robić, zależy przede wszystkim od tego Z KIM, a dokładniej, ilu mamy potencjalnych uczestników zabawy (i mam tu na myśli wszystkich domowników, bez względu na wiek).
Myślę, że pod uwagę trzeba wziąć takie możliwości:
1. zabawa samemu
2. we dwoje
3. w trzy i więcej osób.
Zaczynając od końca, to mając co najmniej trzech graczy możemy zagrać w gry planszowe, karty lub zabawy typu "głuchy telefon" czy "kalambury". Gry planszowe, podobnie jak karciane rozwijają szereg kompetencji, m.in.: umiejętność liczenia (sumowanie oczek przy rzucie dwoma kostkami, przeliczanie punktów lub gospodarowanie pieniędzmi), współpracy, radzenia sobie ze stresem (w przypadku złej passy czy nawet przegranej) jak też ćwiczenie koncentracji, spostrzegawczości czy cierpliwości. Moją ulubioną grą
z dzieciństwa był i nadal jest "Eurobiznes", który obecnie jest także ulubiona grą mojego syna. Pozostałe przytoczone przeze mnie zabawy, których zasad raczej nie trzeba wyjaśniać, służą przede wszystkim rozbudzaniu kreatywności oraz dobrej zabawie.Dwie osoby właściwie mogą się bawić we wszystko! To może być zabawa w chowanego albo w gry karciane czy planszowe, oczywiście przystosowane do takiej liczby graczy albo po prostu każdego rodzaju zabawkami, które znajdują się w pokoju dziecka: lalkami, samochodami, klockami, ciastoliną itd. Gdy tylko dziecko ma partnera do wspólnej zabawy, to raczej nie brakuje mu inicjatywy i pomysłów.
Najgorszą sytuacją jest zabawa w pojedynkę czyli samemu, choć są i takie dzieci, którym to wręcz pasuje. Są to jednak wyjątki, zaś dla większości dzieci jest to problem, dlatego postanowiłam przypomnieć sobie, jak ja niegdyś radziłam sobie w takiej sytuacji.
Ponieważ nie miałam rodzeństwa, to kiedy nie bawiłam się z innymi dziećmi na dworze, sama sobie wymyślałam zajęcia w domu. Najbardziej pasowało mi odkrywanie zawartości wszelkich szafek, szuflad czy pudełek. Baraszkowałam więc w mamy szkatułce z biżuterią oraz kosmetyczce z kolorowymi cieniami i pomadkami. Wówczas też uważałam, że najfajniejszy prezent, jaki ona dostała na swoje imieniny to był szal boa z piór w kolorze malinowym, oczywiście schowany przede mną na górnej półce w szafie. Właściwie, to że tam się właśnie znajdował podkreślało jego wyjątkowość i dawało mi tym większą motywację, by się do niego dostać. W mamy koszulce nocnej, butach na wysokim obcasie, z błyszczącym naszyjnikiem i srebrnymi klipsami na uszach oraz z cudownym boa na szyi i własnoręcznie wykonanym makijażem - wyglądałam jak prawdziwa księżniczka. I o to chodziło!
Inną formą zabawy było budowanie domków ze wszystkiego z czego tylko było można, tj. krzeseł, foteli, puf, pościeli, koców i poduszek. Chłopaki też się lubili w to bawić, tyle że ich budowle to były bazy wojskowe. Pamiętam, że w jednej takiej chatce zaliczyłam swojego pierwszego buziaka w policzek od chłopaka. Z kolei, kiedy zachorowałam na świnkę i nie chodziłam do szkoły, to miałam specjalne pozwolenie od mamy, by na czas choroby spać właśnie w takim domku.
Właściwie to miałam jeszcze jedno takie miejsce, w którym lubiłam się bawić, jednak tu rodzice byli już zdecydowanie przeciwni mojej inwencji twórczej. Otóż, gdy byłam starsza i wyższa, to zrobiłam sobie jakby domek "na drzewie", tyle że na trzydrzwiowej szafie, na którą wchodziłam po stojącej obok wersalce. Niestety wkrótce potem rodzice pozbyli się tej szafy i mój świat zabawy znowu przeniósł się na podłogę.Ostatnia rzecz, jaka mi przychodzi do głowy, to tworzenie czegoś z niczego. Mam tu na myśli: budowanie różnych konstrukcji z klocków, projektowanie i robienie ubrań dla lalek (dawniej nie było w sklepach tylu kreacji, więc tworzyłam je sama) oraz wszelkiego rodzaju działania plastyczne: malowanie, rysowanie, wyklejanie, lepienie z plasteliny (dziś: ciastoliny, pianek czy lepiących się kulek), rysowanie komiksów (ulubiona zabawa mojego syna) itp.
W dzisiejszych czasach, kiedy z urządzeń multimedialnych korzystamy nie tylko, gdy nie mamy co robić, ale nawet kiedy jesteśmy w towarzystwie, stopniowo przestajemy dostrzegać możliwości jakie mamy w realnym świecie. To samo dotyczy też naszych dzieci. Ciągła zabawa w wirtualnym świecie, rządzącym się zupełnie innymi prawami, powoduje że zwyczajnie brakuje im pomysłu na to, co mogą ze sobą zrobić w swoim własnym pokoju oraz jak mają się bawić z innymi. Dlatego też dla ich dobra warto pokazać im, że można żyć bez telefonu, komputera czy telewizji i przynajmniej raz na jakiś warto czas zrobić sobie od nich przerwę (mogą to być dwie godziny, cały dzień, a może nawet tydzień). Jeśli ten czas dodatkowo poświęcimy na wspólną zabawę z dzieckiem czy czytanie mu książek, to ta inwestycja zwróci się nam z nawiązką, gdyż nie tylko wzmocni naszą więź emocjonalną, ale przede wszystkim pozytywnie wpłynie na poczucie bezpieczeństwa, własnej wartości i sprawczości naszej pociechy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















